Na antenie

Strona Główna

Weź swój krzyż i pójdź śladem Jezusa – Ekstremalna Droga Krzyżowa

7 kwietnia 2017 Aktualności


Każdego dnia spotykamy wielu ludzi. Niestety przyszło nam żyć w czasach, kiedy coraz większym popytem cieszą się spotkania w świecie wirtualnym. Ludzie rzadziej czują potrzebę realnej obecności drugiej osoby, wciąż gdzieś się spieszą, życie ucieka im, a oni nawet tego nie dostrzegają.

Od 2009 roku w Polce organizowana jest Ekstremalna Droga Krzyżowa. Dlaczego Ekstremalna? Może dlatego, że do przejścia jest ponad 40 km. Nocą, w milczeniu. A może właśnie dlatego, że to jest czas zatrzymania się, czas spotkania siebie i Jego? To chwila, kiedy zostawia się wszystko dla Niego.  Mogłoby się wydawać, że podczas drogi, kiedy z nikim nie rozmawiasz, jesteś sam. W twojej głowie pojawia się wiele pytań, nie stoisz w miejscu, idziesz. Niesiesz ze sobą cały bagaż twoich uczuć i doświadczeń, jakie nazbierałeś w życiu. Obok ciebie idą inni, również milczą.  To jest noc, kiedy niosąc symboliczny krzyż, podejmując wysiłek fizyczny rozważa się mękę i śmierć naszego Pana Jezusa Chrystusa i jednocześnie kontempluje się nad swoim życiem.

W Piśmie Świętym droga symbolizuje ludzkie życie, postępowanie. Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie (J14,6). Słowa Jezusa wypowiedziane do uczniów mówią nam, jaką drogą mamy podążać. Jezus, biorąc na swoje ramiona krzyż, pokazał nam, jak wiele trudności doznamy w życiu i ile cierpienia doświadczymy, zanim dojdziemy do celu. Pokazał, że będziemy upadali, że na swojej drodze spotkamy ludzi, którzy nam pomogą, którzy nad nami zapłaczą, otrą naszą twarz, pokrzepią nas swoim czułym spojrzeniem, ale musimy iść. Dać świadectwo swojej wiary.

Kiedy po całej nocy budzi się nowy dzień, mijasz ludzi, którzy oddają się swoim codziennym obowiązkom. Jedni idą do pracy, inni na spacer ze swoim psem, jeszcze inni na zakupy. Ty idziesz – niesiesz swój mały krzyż. Jesteś obserwowany. Patrzą na ciebie z podziwem, z niezrozumieniem, a nawet z pogardą. Tak samo jak patrzyli na Niego.

Ale ty idziesz, obok ciebie idą inni i idzie On. Ludzie, którzy przeszli EDK, opowiadają o zmęczeniu, bólu, opadających powiekach i o chwilach, w których pojawia się nadzieja, motywacja, aby iść dalej.

W ubiegłym roku w ekstremalną drogę wybrały się trzy przyjaciółki, dwie z nich podzieliły się swoim świadectwem:

Wyobrażenie? 44 km – to nie aż tak bardzo daleko. Ciężki plecak – przecież nie raz bywało trudniej.

Siły – będą, w końcu nogi są przyzwyczajone do długiego chodzenia.

Rzeczywistość? Zupełnie inna – bezsenna noc po ciężkim dniu, 12h prawie nieustannego marszu, wokół nieprzenikniony ciemny las. Obok kilka znajomych twarzy, ale każda skupiona, wpatrzona przed siebie. Cisza i przenikające ją wyłącznie odgłosy kroków, tysięcy kroków i sił uciekających z każdym z nich. To była najtrudniejsza i najdłuższa droga w moim życiu, od 10. stacji myślałam, że nie dotrwam do końca. Nogi ledwo szły, całe ciało żądało zakończenia tej wyprawy i głowa też zaczynała się poddawać.. Otuchy dodawały ciepłe spojrzenia przyjaciół, ale dało się dostrzec, że w ich głowach toczy się ta sama walka – o każdy następny krok.

„Szedłem kiedyś ścieżyną przez las, obok mnie kroczył Jezus i nikt nie widział nas…”. Słowa tej piosenki rozbijające się o głowę, Jego obecność obok, niemal namacalna i kroki w rytmie przesuwających się w dłoni paciorków różańca zsumowały się na myśl, od której nie dało się oderwać: Jest możliwe przeżyć EDK, ale tylko z Bogiem obok.

O EDK dowiedziałam się w dniu swoich urodzin. Propozycja wyruszenia na EKSTREMALNĄ Drogę Krzyżową 18 marca… Już wtedy podświadomie się zgodziłam. To dla mnie wyjątkowa data, kilka lat wcześniej w tym dniu odbył się pogrzeb mojego Taty, wiedziałam, że jeżeli pójdę na EDK, to będę miała szczególną intencję, że to będzie mój dar dla niego. Na początku wiadomo – entuzjazm – fajnie, chociaż w ten sposób będę mogła coś ofiarować Tacie oraz Temu Ojcu w Niebie. Później, czym bardziej zbliżała się data wyruszenia, coraz więcej było rozmów o przygotowaniach (na które swoją drogą nie było czasu), tym więcej strachu się pojawiało.

W piątek wieczorem przed wyruszeniem na mszę św. do oo. dominikanów, skąd wychodziliśmy, pojawiła się myśl: hmm, jeszcze możesz odpuścić. Zastanów się. Zastanów się, czy dasz radę. Okej, pielgrzymujesz co roku, ale ta droga wygląda nieco inaczej. Jeszcze raz się zastanów.

Ale wiedziałam, że już raz się zgodziłam, a jeśli się zgodziłam, słowa dotrzymam. Nie szłam tam sama, towarzyszyły mi dwie wspaniałe dziewczyny, dzięki wsparciu których doszłam do końca. Nie mogłam odpuścić dla nich, dla siebie, dla Taty i dla Boga. Miałam intencję i postanowiłam z nią iść.

U oo. dominikanów po mszy św. świadectwo powiedział jeden z uczestników, przygotowywał się do tej drogi długi okres, ale stwierdził, że wie, że nie da rady i musi odpuścić. Moja reakcja na początku? No ale jak? Przygotowywał się, ćwiczył, więcej chodził i teraz rezygnuje? Bez sensu… Teraz sama jestem w podobnej sytuacji i nie wiem, czy nie będę musiała takiej decyzji podjąć w tym roku. Teraz wiem, że to wymaga więcej odwagi i wewnętrznej determinacji niż stwierdzenie: ok, idę.

Ale wróćmy do drogi. Wyszłyśmy jako jedna z ostatnich grup. Szłyśmy we trzy, w ciszy. Niby każda osobno, niby w każdej z nas toczyła się inna walka, inne emocje nami rządziły, a zarazem miałam poczucie, że nie idę sama. To było niesamowite, że podczas stacji: Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy – stacji, która też była swojego rodzaju moim pierwszym upadkiem, moim kryzysem – mimo tego, że nie odezwałam się słowem, jedna z moich przyjaciółek wiedziała, że to jest moment, kiedy musi wkroczyć. Niby nie zrobiła nic wielkiego, po prostu przeszła obok mnie, dając mi znać, że jest, a u mnie pojawił się uśmiech na twarzy i siły do dalszej drogi. Takich sytuacji było mnóstwo, jeśli nie jedna, to z odsieczą przybywała druga. Mówi się, że „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapominają jak latać” i myślę, że to prawda. Minął rok od EDK, a ja wciąż jestem przekonana, że gdyby Bóg nie postawił wtedy obok mnie tych dwóch wspaniałych dziewczyn, sama bym tej drogi nie pokonała.

Co mogę więcej powiedzieć? Hm… było trudno, dlatego jeśli ktoś z moich przyjaciół nie czuje się na siłach, by iść, nie będę nikogo zmuszać, bo wiem, ile ta droga wymaga, ale wiem też, że jeśli ktoś się zdecyduje, będę go utwierdzać w tej decyzji i wspierać, bo wiem, że warto. Dla siebie, dla innych i dla Niego.

Współczesny świat tak często wybiera kanapową egzystencję, ludzie boją się pogardy, że zostaną wyśmiani, oddają się lenistwu. Podjęcie wyzwania jest zejściem z kanapy, do czego nawołuje nas dzisiaj papież Franciszek. To odwaga pójścia za Chrystusem.

7 kwietnia z parafii pw. św. Antoniego  w Toruniu wyruszy trzecia toruńska EDK. Ks. Dariusz Iwański, który wraz ze Stowarzyszeniem Akademickim Ad Astra jest odpowiedzialny za Toruńską EDK podkreśla, że przy utrzymaniu ducha wspólnoty ważnym elementem jest zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom.

Nasza droga jest mutacją EDK zaproponowanej przez ks. Stryczka. Czerpiemy z niej dużo, ale wprowadzamy też nasze zasady. Pragniemy, aby uczestnicy w swoim trudzie doświadczyli również wspólnoty. Bardzo zależy nam na bezpieczeństwie uczestników. Na trasie przez całą noc krąży karetka. Informujemy policję, aby patrolowała drogę. Uczestnicy idą grupami. W tym roku przy rejestracji można określić tempo, jakim się chce iść (3, 5 i 7 km/h). Stacje są oznaczone drewnianym krzyżem oraz lampką ze światłem diodowym. Na trasie dla uczestników dostępne są trzy punkty z toaletą oraz gorącą herbatą i kawą – mówi ks. Iwański.

Warto podkreślić, że ludzie organizujący tę inicjatywę robią to w ramach wolontariatu.

Maja Piwnicka


Udostępnij
X