Na antenie

Strona Główna

„Ja to w tą Matkę Boską tak bardzo nie wierzyłem”

13 maja 2017 Aktualności


 

Sobota

„Potrzebny byłby jakiś artykuł o Maryi. Nie wiem do końca, o czym konkretnie. Może znajdziesz inspirację i fajny pomysł. Musiałby być dobry merytorycznie, wiesz” – pisze Agata, gdy jestem w drodze na ślub kuzynki. Zgadzam, się, lecz po chwili przerasta mnie myśl, że o Maryi powstały miliony książek i publikacji, a ja mam napisać coś nowego. Pośpiesznie szukam w głowie tematu. „Ecclesia Mater – Mater Ecclesiae” – pamiętam z rekolekcji oazowych trzeciego stopnia. A może „Maryja Królowa Polski” – na czasie, zaraz 3 maja. „Maryja jako wzór kobiety” – oklepane. Mija tydzień i dopiero w piątek nachodzi mnie myśl, że napiszę o pobliskim Gietrzwałdzie. Nie pamiętam wówczas, że Agata napisała do mnie w chwili, gdy byłam w drodze na ślub do najbardziej maryjnego miejsca w Polsce – właśnie Gietrzwałdu.

Piątek

„Napiszę o Gietrzwałdzie. Mamy tu teraz jubileusz 140. rocznicy objawień” – piszę do Agaty i natychmiast dostaję zgodę.

Świetnie – myślę – napiszę o objawieniach, o tym, że to jedyne objawienia w Polsce zatwierdzone przez Kościół Katolicki, że jedne z niewielu w Europie i jedne z dwunastu takich na świecie. Że w tym roku wypada 140. rocznica objawień. Że Maryja objawiła się dwóm dziewczynkom – Basi Samulowskiej i Justynie Szafryńskiej – 160 razy. Że pobłogosławiła źródełko. Że błogosławiła płótno, którym okrywano chorych, by otrzymywali zdrowie. Że w 1877 roku Polska była od 82 lat pod zaborami, a Maryja mówiła do dziewczynek po polsku w gwarze warmińskiej. Że umocniło to ruch polski na Warmii i zacieśniło więzy między Kościołem a ruchem patriotycznym oraz umocniło pobożność maryjną Polaków. Że dawała nadzieję na odzyskanie wolności. Że mówiła, iż jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów. Że od zakończenia objawień na wolność czekano już tylko 41 lat. Że ostatnie słowa Maryi brzmiały: „Odmawiajcie codziennie różaniec”.

Nie. O tym nie będę pisać. O tym można przeczytać wszędzie. Choćby w najnowszej publikacji Grzegorza Kasjaniuka „Gietrzwałd. 160 objawień Matki Bożej dla Polski i Polaków na trudne czasy”. Więc o czym?

Może o tym

Pewnego dnia do gietrzwałdzkiego domu pielgrzyma wszedł młody chłopak z kobietą. Niósł teczkę, jak się później okazało, z dokumentacją lekarską. Grupa uczestników warsztatów liturgiczno-muzycznych (w tym i ja) gromadziła się na korytarzu na pogawędkach między zajęciami. „Cześć. Jestem Radek. Moja noga miała być amputowana, ale Maryja ją uzdrowiła” – rzucił i zniknął, zaś kobieta, z którą był, kontynuowała opowieść. Radek miał zdiagnozowany nowotwór złośliwy umiejscowiony w nodze. Guz był bardzo duży. Przeszedł chemioterapię. Stwierdzono przerzuty na płuca. Groziła mu amputacja nogi. W hospicjum dostał krwotoków. Wolontariuszka hospicjum opowiedziała mu o Matce Boskiej w Gietrzwałdzie. Pod opieką lekarza, mamy Radka i wolontariuszki pojechali do Gietrzwałdu. Po modlitwie w bazylice udali się do źródełka, gdzie mimo siarczystego mrozu Radek rozebrał się i obmył w wodzie nogę oraz klatkę piersiową. Czerpał wodę zachłannie, obmywał się, oblewał, pił. Za kilka tygodni Radka czekała amputacja. Podczas operacji okazało się, że nogi nie trzeba amputować. Guzy wielkości 1 cm znajdujące się na płucach również zniknęły. Lekarze nie wiedzieli, jak to możliwe. Dziś Radek jest w pełni zdrowy.

To udokumentowany cud za wstawiennictwem Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej. Ale są też takie historie, które uznać za cud mogą tylko ci, którzy tego doświadczyli.

Na przykład historia księdza Tomasza, który wracał samochodem pewnej nocy krajową 16 w kierunku Olsztyna. Od kilku nocy nie spał, dwa dni wcześniej wrócił z dalekiej podróży, z innej strefy czasowej, potem od razu ślub i wesele młodych, których wychowywał kiedyś we wspólnocie oazowej. Był zmęczony. Prowadząc samochód, zasnął. Gdy się ocknął, był już przy lewej krawędzi jezdni. Szybkie manewry: mocno w prawo, odbicie w lewo, potem znów w prawo. Gdy w końcu wrócił na swój pas, zatrzymał się i pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była górująca nad polami oświetlona wieża Bazyliki Gietrzwałdzkiej, z naprzeciwka natomiast od razu zaczęły nadjeżdżać samochody. Sekundy, centymetry od groźnego wypadku, a może i śmierci. Ksiądz Tomasz mówi, że w tamtej chwili stanęły mu przed oczami wszystkie te momenty, kiedy swoje życie i szczególne wydarzenia zawierzał Matce Bożej Gietrzwałdzkiej. Trudno mieć wątpliwości, że to ona uratowała go tej nocy.

Tak. Te dwa świadectwa nadadzą się, by je opisać. Wyjdzie jakieś 1000 słów. W sam raz. Ale jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze muszę pomyśleć, ułożyć sobie artykuł w głowie.

Niedziela

„Jak tam tekst, Asiu?” – pisze Agata. Tekst w polu. „Na środę będzie” – odpisuję.

Na koniec Mszy świętej odśpiewujemy chóralnie kompozycję Piotra Pałki do wiersza Andrzeja Samulowskiego. „Matko Gietrzwałdzka, módl się za nami. Nie bójcie się, ja zawsze jestem z wami” – brzmi refren. Gdy wychodzimy z kościoła, zatrzymuje nas pani sprzątaczka:

– Macie pozdrowienia od Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Byłam wczoraj i powierzyłam całą parafię.

Po Mszy oznajmiam przyjaciołom bez entuzjazmu, że piszę artykuł o Matce Bożej Gietrzwałdzkiej i pytam, czy nie mają jakichś doświadczeń z nią związanych. Aneta zaczyna opowiadać o swojej siostrze chorej na serce, którą długo i bezskutecznie starała się zabrać na Mszę świętą w Gietrzwałdzie z modlitwą o uzdrowienie. Gdy okazało się, że jej operacja będzie dopiero za pół roku, dała się namówić na wyjazd.

– Pojechałyśmy na Mszę, na majowe, i poszłyśmy do źródełka. Na modlitwie o uzdrowienie w końcu nie zostałyśmy. Ale za dwa tygodnie okazało się, że operacja jednak będzie jeszcze w tym miesiącu. Udała się, Marta jest teraz zdrowa i ma się dobrze.

Zaraz po niej mówi Ewa:

– Moja ciocia po wojnie, której część spędziła w obozie koncentracyjnym, wyszła za mąż. Okazało się jednak, że jako dojrzała już kobieta jeszcze nigdy nie miała miesiączki i że prawdopodobnie jest bezpłodna. Zaczęła regularnie przyjeżdżać do Gietrzwałdu i prosić o dziecko. Po trzech latach była już mamą.

Po chwili Aneta i Ania dodają zgodnie, że ksiądz Andrzej opowie mi piękne świadectwo o Matce Boskiej Gietrzwałdzkiej.

– Odwieź mnie do domu, to podam ci jego numer – mówi Aneta – i przy okazji dam ci dwa małe klony do wsadzenia na działce.

– Klony?  – dziwię się – a wiesz, że Matka Boska w Gietrzwałdzie objawiła się na klonie?

Nie znam księdza Andrzeja, ale dzwonię.

– Bo ja to w tą Matkę Boską tak bardzo nie wierzyłem. – zaczyna swoją historię ksiądz Andrzej. – To  działo się po świętach wielkanocnych. W mojej parafii było takie małżeństwo, które prawie nie chodziło do kościoła, a po tych świętach zaczęło chodzić co tydzień. I to było dla mnie trochę podejrzane. Myślę sobie więc, że muszę jakoś ich spotkać. Pewnego dnia idzie naprzeciwko mnie kobieta. Jeszcze nie zdążyła podejść, kiedy zacząłem ją zagadywać. Ona przerwała mi i mówi, że wraz z mężem chcieliby mnie zaprosić na obiad. Pojechałem do ich domu, a ona w domu zamiast robić obiad, to podchodzi do mnie i się zaczyna rozbierać. Akcja nie z tej ziemi, mówię pani. Rozpina kilka guzików bluzki i mówi bym dotknął jej mostek. Pyta czy coś czuję. Ja mówię żartem, że czuję strach, bo mąż jest w domu. I ona mi zaczyna opowiadać. Jej mama umarła na raka, a jej pod mostkiem wyskoczyło coś wielkości kurzego jajka. Nie wiedzieli, co zrobić, a że byli zamożni, to zaczęli szukać najlepszego lekarza w Centrum Onkologii w Warszawie. Mieli wyznaczoną wizytę na wielki tydzień. Zapłacili za nią 6000 zł. W tym czasie przyjechała mama męża i powiedziała: „wy się najpierw weźcie za modlitwę, jedźcie do Gietrzwałdu i zobaczycie, że tam się dużo cudów dzieje”. I pojechaliśmy – opowiada ta kobieta – poszłam do spowiedzi, dostałam reprymendę, że nie chodzę do kościoła, ksiądz za pokutę zadał mi jakiś różaniec, który ja tak średnio lubię, ale pamiętam, że teściowa kazała iść do źródełka, więc poszliśmy tam. Dalej opowiada mi, jak napiła się wody i wracając do samochodu, poczuła ukłucie w okolicach mostka. Mąż wziął ją na ręce i zaniósł do samochodu. Postanowili jechać do szpitala. Jednak niech sobie pani wyobrazi, że ból był tak ostry, że ta kobieta popuściła mocz, więc musiała pojechać do domu się przebrać. Przebierając się, zauważyła, że guz zupełnie zniknął, a ból ustąpił. Postanowili jednak pojechać do Warszawy skoro już i tak zapłacili te 6000 zł. Narobili tam badań ze wszystkich stron, po czym poszli do profesora specjalisty. A profesor mówi, że z badań wynika, że ona jest zupełnie zdrową kobietą. Opowiedziała mu historię z Gietrzwałdu, a on popatrzył na nią, opuszczając okulary i mówi: „ach, Gietrzwałd, to już nie pierwszy raz słyszę. W takim razie nie mam nic więcej do powiedzenia”. Jak opowiadam najbliższym znajomym, to nikt mi nie wierzy, bo ja nie porobiłam zdjęć. Ksiądz też mi nie wierzy, prawda? – pyta mnie podczas tego obiadu, a ja jej mówię „proszę pani, jak ktoś wydaje 6000 zł to ja zawsze wierzę”. A wie pani, co się dobrego stało w tej rodzinie? Urodziła im się trójka dzieci i są co niedziela w kościele. Dla tych ludzi i dla mnie jako dla księdza to jest wielkie świadectwo, bo ja to tak średnio w ten Gietrzwałd wierzyłem. Bo może już nie jest tak ważne to, czy to był nowotwór czy nie, ale ważne jest to, że oni przewartościowali swoje życie i swoją rodzinę. I dlatego wtedy tak mi się ten Gietrzwałd spodobał – kończy swoją historię ksiądz Andrzej.

Wieczorem dostaję sms od Martyny: „Asia, masz rację, różaniec jest the best, jak napisałaś w mailu”. Ja tak napisałam? Ach, rzeczywiście, przypominam sobie, kilka dni temu w poczuciu ostatecznej bezradności sięgnęłam po dawno nieużywany różaniec, by prosić o rozwiązanie trudnej sprawy. Sprawa okazała się prosta, a ja podzieliłam się tym w mailu do grupy. Tak, różaniec jest the best.

Poniedziałek

Mam już sporo historii na ładny artykuł, ale dzwonię jeszcze do Pawła Bębenka. Dyrygent, kompozytor, prowadził pierwsze Gietrzwałdzkie Warsztaty Liturgiczno–Muzyczne w 2003 roku. Kilka lat temu przechodził ciężką chorobę. Pytam, czy ma może przekonanie, że to Matka Gietrzwałdzka „maczała palce” w jego uzdrowieniu. Mówi, że to nie tyle przekonanie, co fakty. Właśnie w Gietrzwałdzie podjął decyzję o ważnych rekolekcjach w jego życiu. Wie też od znajomych, że mocno interweniowali, prosząc właśnie Matkę Gietrzwałdzką. Mówi, że byli ludzie, którzy pociągiem do Krakowa przywozili mu wodę ze źródełka oraz za wstawiennictwem Matki Gietrzwałdzkiej modlili się o jego zdrowie.

– Mamo, wiesz, piszę artykuł o Matce Boskiej Gietrzwałdzkiej. Nie o samej historii objawień, ale o tym, że za jej wstawiennictwem ciągle dzieją się tu cuda – opowiadam przy okazji.

– To pięknie, a wiesz o tym, że babcia, gdy byłaś niemowlakiem, zawiozła cię do Gietrzwałdu i zawierzyła przed obrazem Matki Boskiej?

Nie wiedziałam.

Na koniec niedzielnej rozmowy ksiądz Andrzej mówi mi jeszcze: „Wiesz, to, że napiszesz w artykule czyjeś świadectwa, to bardzo dobrze, ale ten artykuł będzie prawdziwy, gdy ty sama uwierzysz i opiszesz w nim swoje świadectwo”. Pojadę więc po pracy do Gietrzwałdu. To tylko 20 km stąd. Matka Boska skutecznie wyprasza tam łaski, więc i ja będę prosić o cud.

 

Joanna Jaskółowska

Fot. Maciej Parkasiewicz


Udostępnij
X